Mogłabym - a właściwie powinnam - zacząć od "z pamiętnika zapobiegliwej inaczej..."...
O koncercie U.Dudziak w Łodzi wiedziałam od kilku miesięcy... o pojawieniu się biletów w sprzedaży wiedziałam z wyprzedzeniem... i cóż zrobiłam... ? - nic...
Otóż w dzien koncertu wylądowałam z koleżanką przy okienku kasowym wysluchując wśród innych spóźnialskich informacji, że biletów nie ma.. nawet stojących...
Jednak determinacja w nas była na tyle silna, że w końcu weszłyśmy... i to za darmo... acz niestety stojąc odbierałam to co na scenie się działo...
A działo się to, że Urszula Dudziak udowodniła swoją wyjątkowość i na pewno niesamowitą energetyczność... do tego w wieku 65 lat... Niebywałe (wszak to jedynie trzy lata więcej od mojej mamy.. a niezbyt jestem sobie w stanie wyobrazić tą drugą <pomimo wielkiej dla niej miłości> tak żywiołowo poruszającej się na scenie... ).... No a przy tym gawędziarz z niej przedni... anegdotami sypała jak z rękawa... przy tym zachowuje fantastyczny dystans do siebie...
"New York Baca" porwał.... jak dla mnie najlepszy punkt programu...